wtorek, 25 września 2012

Siedzę jak na szpilkach.

Dziękuje za Wasze ciepłe słowa,
utwierdziwszy mnie w tym, że warto zacząć walkę.
Wiele z Was pytało jaką metamorfozę chcę przeprowadzić.
Odpowiedziałam Wam może zbyt metaforycznie, że wewnętrzną i zewnętrzną.
Wszystko zaczęło się sypać, gdy...
W 2006 roku na moją rodzinę spadła wiadomość o chorobie taty.
Nowotwór pęcherza.
Zawsze badał się regularnie i choroba została wykryta we wczesnym stadium.
Z jednej strony był smutek, a z drugiej radość, że choroba wcześnie została wykryta.
Niestety lekarz popełnił błąd w efekcie czego zamiast guzka trzeba było wyciąć cały pęcherz.
W efekcie czego pojawiło się szereg komplikacji.
W 2008 roku zaczęło się wszystko rewelacyjnie układać, każdy z nas odżył i było lepiej.
W 2009 zdecydowałam się na wyjazd do innego miasta.
Rozpoczęłam studia.
Z dala od domu, rodziców, rodzeństwa, ale szczęśliwa bo rozpoczęłam studia o których marzyłam.
I szczęście nie mogło zbyt długo trwać.
Dlatego starałam się co tydzień wracać do domu, mimo znacznej odległości.
W połowie listopada okazało się, że jest nawrót choroby z przerzutami na nerki, płuca, wątrobę...
Początkowo został poddany leczeniu, ale było co raz gorzej.
W grudniu pojawiły się kolejne przerzuty.
Lekarze wyznaczyli odległy termin chemioterapii.
Dziś już wiem, dlaczego tak odległy...
Tata zmarł pod koniec stycznia.
Myślałam, że już nie wrócę na uczelnie, że poddam się.
Pierwsza sesja.
Śmierć taty.
Nowe środowisko.
Nie mogłam na nikogo liczyć i w sumie nie chciałam wsparcia od osób, które znałam zaledwie trzy miesiące.
Jednak zdecydowałam się kontynuować studia.
Czułam wsparcie taty i chyba dzięki temu przetrwałam ten czas na uczelni.
Jednak całkowicie wycofałam się z życia towarzyskiego, zamknęłam w sobie.
Mimo, że się uśmiechałam to w środku płakałam.
Zaczęłam objadać się w ramach rekompensaty.
Przybyło 10 kilogramów.
W czerwcu br. obroniłam się.
Zmarnowałam trzy miesiące na odpoczywaniu.
Jedyną mądrą decyzję podjęłam kilka dni temu.
Przypomniała mi się ostatnia rozmowa z tatą w dniu, kiedy zmarł.
Pakowałam się rano, kiedy poprosił mnie, żebym zrobiła mu ostatnią kawę.
Zrobiłam.
Wypytywał z czego mam egzamin, po czym powiedział
'poradzisz sobie z tym egzaminem i następnymi, skończysz te studia, studia magisterskie, ale na tym nie skończysz...'
Tak, wyglądała nasza ostatnia rozmowa.
Nasze pożegnanie.
W środę pod chwilą impulsu zapisałam się na studia I stopnia.
Wczoraj dostałam wiadomość, że się dostałam.
Dziś wyniki studiów II stopnia i siedzę jak na szpilkach.
Wczorajsze wyniki pojawiły się o godzinie 7.oo,
a po dzisiejszych nie ma jeszcze śladu.
Dziś już wiem, że mam wsparcie z 'góry' i tata chciałby, żebym była szczęśliwa.
Muszę coś zrobić bo odświeżając co chwilę stronę z wynikami rekrutacji dostanę do głowy.
Wybieram się na zakupy,
może  kupię jakąś biżuterię albo buty.
Muszę coś robić, byle nie siedzieć na stronie uczelni...





1 komentarz:

  1. oj przyznaje czekanie jest okropne, pamiętam jak czekałam na swoje listy z wynikami...dla mnie jest to strasznie stresujące. Mam nadzieję, że będziesz miałam szczęście i wszystko będzie ok :)
    twarda z Ciebie dziewczyna!
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń